Karta Członkowska
Beauty Razem
to branżowy "Netflix" z ebookami, VOD, dokumentacją i stałym dostępem do grup FB.
Anna Kowalska
Data publikacji: 12.12.2025
Polskie Towarzystwo Dermatologiczne (PTD) wydało oświadczenie, które wstrząsnęło branżą. Czytamy w nim: „Diagnostyka i leczenie nadmiernego wypadania włosów należą wyłącznie do kompetencji lekarzy”. W kontekście projektowanej ustawy potocznie zwanej „Lex Szarlatan” może to brzmieć, jak wyrok na gabinety trychologiczne. Tymczasem trycholog nie jest konkurencją dla dermatologa – jest sitem diagnostycznym. To trycholog, często jako pierwszy, mówi: „Te zmiany wyglądają niepokojąco, proszę natychmiast udać się do lekarza”. Odbierając prawo bytu trychologom nie sprawimy, że wszyscy trafią do dermatologów. Kolejki są zbyt długie, a dostępność specjalistów zbyt mała. Osoby szukające pomocy zwrócą się do Internetu, na fora dyskusyjne i niesprawdzonych „domowych sposobów”. I to jest realne zagrożenie, przed którym PTD powinno nas chronić.
Prof. Lidia Rudnicka, kierownik Katedry i Kliniki Dermatologicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i honorowa przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego, opublikowała w mediach społecznościowych oficjalny dokument – Stanowisko Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego w sprawie diagnostyki i leczenia chorób przebiegających z nadmiernym wypadaniem włosów.
Czytaj więcej: PTD: leczenie łysienia i chorób skóry głowy tylko dla lekarzy. Trycholodzy odpowiadają: stawiamy na współpracę
Karta Członkowska
Beauty Razem
to branżowy "Netflix" z ebookami, VOD, dokumentacją i stałym dostępem do grup FB.
Anna Kowalska
Stanowisko PTD z 4 grudnia 2025 r. nie pozostawia złudzeń. Dermatolodzy stawiają sprawę na ostrzu noża ostrzegając przed „osobami nieposiadającymi dyplomu lekarza”. Argumentacja jest silna: bezpieczeństwo pacjenta, ryzyko opóźnienia diagnozy nowotworów czy chorób ogólnoustrojowych.

Tymczasem nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dyskutował z faktem, że łysienie bliznowaciejące czy problemy wynikające z chorób tarczycy wymagają interwencji medycznej. Tu rola lekarza jest bezdyskusyjna.
Dodatkowo narracja, w której każde przerzedzenie włosów staje się procedurą medyczną zaś trycholog staje się wrogiem publicznym numer jeden, ma w sobie pęknięcia przez które prześwituje rynkowa hipokryzja.

Ubezpieczenia stworzone specjalnie dla branży Beauty
Polisa obejmuje każdy zabieg, pokrywa szkody, chroni przy kontrolach i płaci mandaty za Ciebie.
Zobacz ofertę
Duży zgrzyt w obecnej debacie to podwójne standardy. Z jednej strony mamy trychologa – specjalistę, który często poświęca godzinę na analizę diety, stresu, pielęgnacji i obrazu z kamery mikroskopowej. Z drugiej strony mamy firmy i koncerny kosmetyczne.
Jeśli przyjmiemy twardą linię PTD, że wypadanie włosów to choroba, to logicznie rzecz biorąc, każdy produkt obiecujący „hamowanie wypadania” powinien być lekiem. Tymczasem w każdej drogerii, w sklepie internetowym, bez recepty i konsultacji klient może kupić wcierki, szampony i suplementy, które obiecują „zagęszczenie fryzury”, czy „pobudzenie uśpionych cebulek”, a nawet „hamują wypadanie włosów”.
Wcierki do włosów wypadających to specjalistyczne preparaty stworzone z myślą o wzmocnieniu cebulek włosów i stymulacji ich wzrostu. Idealne dla osób doświadczających problemu nadmiernego wypadania włosów, pomagają przywrócić gęstość i zdrowy wygląd fryzury
– to przykład zachęty do zakupu takich produktów w znanym sklepie internetowym.
I tu prawo milczy. W opisach i reklamach kosmetyków można sugerować niemal wszystko dopóki zręcznie omija się słowo „leczy”. Marketingowa machina działa w najlepsze sprzedając nadzieję w plastikowej butelce. W tym samym czasie trycholog, który widzi skórę głowy i często jako pierwszy zauważa problem, ma zostać prawnie zakneblowany. To sytuacja, w której karze się usługodawcę za to, że chce pomóc, a nagradza korporację za to, że umie sprzedawać (ten marketing PTD nie razi).
Dermatologia patrzy na problem przez pryzmat patologii. Trycholodzy – przez pryzmat dobrostanu i estetyki. Oba te spojrzenia są potrzebne, ponieważ nie każde wypadanie włosów jest chorobą. Ogromna część klientów trafiających do gabinetów trychologicznych boryka się z problemami cywilizacyjnymi:
To obszary w których medycyna akademicka często jest bezradna lub… obojętna. Lekarz dermatolog w ramach 15-minutowej wizyty na NFZ (a często i prywatnie) nie ma czasu na edukację pacjenta o tym, jak myć skórę głowy, jak dobrać szczotkę czy jak zbilansować skórę. Trycholodzy wypełniają tę lukę. Robią to, co w systemie opieki zdrowotnej „nie mieści się w grafiku” czyli edukują, doradzają, oferują wsparcie w procesie regeneracji. Czy to jest medycyna? Nie. Czy to jest potrzebne? Niezbędnie.
Projekt ustawy „Lex Szarlatan” (w założeniach, ma ona na celu uporządkowanie rynku usług zdrowotnych, rozprawienie się z terapiami uznawanymi za pseudonaukowe oraz podejmowanie działań zdrowotnych przez osoby bez kwalifikacji medycznych) w połączeniu z tak restrykcyjnym stanowiskiem środowiska lekarskiego może doprowadzić do niebezpiecznego precedensu. Prawo które w teorii ma chronić pacjenta, w praktyce uderzy w najsłabsze ogniwo rynku – małe gabinety, pasjonatów i samodzielnych specjalistów.
Międzynarodowe koncerny kosmetyczne z ich armią prawników i budżetami reklamowymi pozostaną nietykalne. Będą nadal sprzedawać „cudowne kuracje” w telewizji śniadaniowej. Ucierpi specjalista, który patrzy na klienta całościowo. To nie jest walka o jakość usług to walka o monopol na rynku, w którym klient zostaje pozbawiony wyboru.
W demokratycznym państwie i na wolnym rynku fundamentem powinna być świadomość i wybór. Klient czy też pacjent ma prawo decydować, czy ze swoim problemem chce udać się do lekarza po farmakoterapię czy woli zacząć od wizyty u trychologa by przyjrzeć się swojej diecie i pielęgnacji. Rolą państwa nie powinno być zakazywanie zawodu trychologa, ale stworzenie jasnych ram współpracy.
Trycholog nie jest konkurencją dla dermatologa – jest (a przynajmniej powinien być) sitem diagnostycznym. To trycholog często jako pierwszy mówi: „Te zmiany wyglądają niepokojąco, proszę natychmiast udać się do lekarza”. Odbierając prawo bytu trychologom nie sprawimy, że wszyscy ci ludzie trafią do dermatologów. Kolejki są zbyt długie, a dostępność specjalistów zbyt mała. Osoby szukające pomocy zwrócą się do Internetu, na fora dyskusyjne i niesprawdzonych „domowych sposobów”. I to jest realne zagrożenie, przed którym PTD powinno nas chronić.
Apeluję o rozsądek. Łysienie to temat wrażliwy dotykający nie tylko skóry ale i psychiki, pewności siebie i poczucia wartości. Jeśli chcemy naprawiać rynek róbmy to systemowo. Eliminujmy szarlatanów, którzy żerują na ludzkim nieszczęściu, ale nie niszczmy grupy zawodowej, która od lat profesjonalizuje się i realnie wspiera system opieki zdrowotnej w profilaktyce.
Włosy to nie tylko medycyna. To styl życia. I w tej przestrzeni jest miejsce zarówno dla lekarza z receptą, jak i dla trychologa z wiedzą o pielęgnacji. Wojna między tymi grupami przyniesie tylko jedną ofiarę – zagubionego klienta.
TAGI
Przeczytaj także