Komunikat MZ: miękkie prawo, twarde skutki – bez debaty, bez ustawy. Kto zapłaci cenę tej interpretacji?

Data publikacji: 20.02.2026

Szerokim echem w branży beauty odbił się komunikat MZ, który „wytłumaczył”, że zabiegi dotychczas uznawane za „estetyczne” są świadczeniami zdrowotnymi i mogą być wykonywane wyłącznie przez lekarzy. Przeanalizujmy konsekwencje tej interpretacji w kilku wymiarach: bezpieczeństwa, możliwych regulacji, efektów ekonomicznych i systemowych. Porównajmy to także do rozwiązań u naszych zachodnich sąsiadów oraz do wniosków, do których dochodzi m.in. rząd UK – pisze Adam Kruk, uczestnik społeczności Beauty Razem.

Na wstępie chcę podkreślić, że ten tekst to mój świadomy wyraz wsparcia dla Beauty Razem. Mimo, że proponowane przez Ministerstwo Zdrowia rozwiązanie mogłoby być dla mnie osobiście wygodne, ważniejsza jest dla mnie uczciwa i proporcjonalna regulacja rynku.

Szerokim echem w branży beauty odbił się komunikat MZ, który „wytłumaczył”, że zabiegi dotychczas uznawane za „estetyczne” są świadczeniami zdrowotnymi i mogą być wykonywane wyłącznie przez lekarzy, klik: Komunikat Ministerstwa Zdrowia w sprawie wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej 

Wesprzyj BLIK-iem Beauty Razem

Wesprzyj ochronę zawodu kosmetologa

Bronimy interesów branży, reagujemy na projekty ustaw i działania instytucji.

Każda wpłata realnie wspiera działania prawne i eksperckie. Wesprzyj BLIK-iem.

Tel: 506 224 225

Tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe

Charakter prawny komunikatu MZ

Jak wskazują prawnicy, m.in. adwokat Oskar Luty, komunikaty ministerialne nie tworzą prawa i nie zastępują procesu legislacyjnego – stanowią jedynie interpretację obowiązujących przepisów oraz stanowisko resortu. Skoro formalnie nie wprowadzają nowych norm, to jaki jest cel takiego komunikatu i dlaczego kwestia tej skali została „załatwiona” w ten sposób, a nie w drodze ustawy?

Przeczytaj także

Można odnieść wrażenie, że jest to droga na skróty – rozwiązanie pozwalające uniknąć pełnej odpowiedzialności politycznej oraz pominięcia formalnej procedury legislacyjnej. Ustawa ma przecież swoją „twarz” polityczną – konkretną partię i nazwiska, które ją firmują. Komunikat takiej twarzy nie ma. Sprawdźmy więc, czego wymaga klasyczna ścieżka ustawowa. Być może to właśnie tam znajduje się odpowiedź, dlaczego od lat unika się wprowadzania ustawowych zakazów w tym obszarze.

Przy klasycznej procedurze ustawowej konieczne są:

1.Oceny Skutków Regulacji

To dokument przygotowywany do projektu ustawy, w którym trzeba wykazać: 

  • jakie problemy chcemy rozwiązać,
  • jakie będą skutki społeczne i gospodarcze,
  • ile to będzie kosztować państwo, obywateli i przedsiębiorców,
  • czy są alternatywy (np. łagodniejsze rozwiązania).

Ma to wskazać, że regulacja jest proporcjonalna i czy przyniesie więcej korzyści niż szkód.

2.Przedstawienie danych statystycznych (epidemiologicznych) uzasadniających interwencję

  • liczba powikłań,
  • dynamika, czyli czy problem narasta,
  • porównanie z innymi krajami i ich standardami,
  • relacja liczby zdarzeń do liczby procedur.

3.KONSULTACJE SPOŁECZNE

Projekt trafia do:

  • organizacji branżowych, np. Beauty Razem,
  • ekspertów,
  • przedsiębiorców.

Po co? Celem jest zebranie uwag i wykrycie problemów przed wejściem w życie przepisów.

Obecnie to organizacje branżowe muszą walczyć o wysłuchanie, same nie były o to proszone. Michał Łenczyński z Beauty Razem od lat wskazuje na potrzebę ustawowego uregulowania zawodu kosmetologa i wprowadzenia realnych standardów:

Przeczytaj: Certyfikacja w medycynie estetyczno-naprawczej powraca. Obejmuje tylko lekarzy, kosmetolodzy pominięci

Przeczytaj: Kosmetologia: Czas na realizację obietnic. Oświadczenie Fundacji Beauty Razem.

Czy rząd go wysłuchał?

Przeczytaj także

4.Debata publiczna i parlamentarna

  • komisja sejmowa,
  • poprawki,
  • uzasadnienie,
  • głosowanie.

Skoro nie przedstawiono danych, które uzasadniałyby pilną interwencję, dlaczego nie przejść pełnej ścieżki legislacyjnej? Mówimy o rynku wartym setki milionów zł rocznie, a więc o obszarze o dużym znaczeniu gospodarczym. Każda regulacja w takiej skali wpływa na rynek i może być korzystna dla jednych grup zawodowych, a niekorzystna dla innych. Tego typu rozwiązanie, czyli komunikat, omija cały powyższy proces, to dokument stanowiący tzw. prawo miękkie – czyli formalnie nie stanowi prawa, ale w praktyce wywiera wpływ na zachowanie adresatów i decyzje organów.

Przeczytaj także

Jasne jest więc, że jeżeli problem ma charakter systemowy i dotyczy bezpieczeństwa pacjentów, powinny istnieć twarde dane uzasadniające tak daleko idącą zmianę interpretacyjną. Od lat słyszymy o „lawinie powikłań”, jednak w przestrzeni publicznej nie przedstawiono pełnych, porównawczych statystyk. Pomijając już fakt, że sam argument powikłań wydaje się być nietrafiony.

Pojawiają się artykuły o  błędach kosmetologów, zwiększającej się liczbie poszkodowanych – dane te jednak nigdy nie mają twardych liczb, twarzy, nazwisk. Zawsze to dowód anegdotyczny w formule „wczoraj była u mnie pacjentka i miała powikłanie”.

Przeczytaj także

Kluczowy argument NIL – powikłania. Czym są i co je różni od błędów?

W debacie publicznej często utożsamia się powikłanie z błędem. Robią to media, środowisko lekarskie i nawet sami zainteresowani. To jednak fundamentalne uproszczenie.

Powikłanie to niepożądany skutek, który może wystąpić mimo zachowania należytej staranności i zgodności z aktualną wiedzą medyczną. Ryzyko powikłań jest nieuchronną cechą każdej procedury inwazyjnej.

Błąd medyczny to działanie niezgodne z aktualną wiedzą lub brak należytej staranności.

Powikłanie nie jest dowodem winy wykonawcy!

Nie istnieją publicznie dostępne, porównawcze statystyki częstości powikłań i błędów w podziale na zawody wykonujące zabiegi estetyczne. W związku z tym nie można wiarygodnie stwierdzić, że jedna grupa zawodowa jest systemowo „gorsza”. Sami lekarze nie raportują powikłań poza oddziałami szpitalnymi. Nie mamy systemu raportowania danych, nawet jakbyśmy zliczyli powikłania u kosmetologów, nie byłoby z czym ich porównać.

Spojrzymy na dane globalne:

1. Dane globalne ISAPS obejmujące 20,5 mln zabiegów niechirurgicznych wskazują bardzo niski odsetek ciężkich zdarzeń raportowanych(0,007%) klik: Compulsory notification of injuries in aesthetic procedures. Impact on patient safety

2. Meta-analizy literatury medycznej pokazują, że zabiegi z użyciem kwasu hialuronowego cechuje niskie ryzyko poważnych działań niepożądanych, a najczęstsze skutki to obrzęk, ból, rumień, zasinienie czy słynne „grudki”, które zazwyczaj ustępują samoistnie i nie wymagają pilnej interwencji: Adverse Events Reported From Hyaluronic Acid Dermal Filler Injections to the Facial Region: A Systematic Review and Meta-Analysis

3. W przypadku toksyny botulinowej działania niepożądane mają zwykle charakter łagodny i krótkotrwały: Complications of Cosmetic Botulinum Toxin A Injections to the Upper Face: A Systematic Review and Meta-Analysis

Beauty Polisa - Ubezpieczenie OC salonu kosmetycznego

Ubezpieczenia stworzone specjalnie dla branży Beauty

Polisa obejmuje każdy zabieg, pokrywa szkody, chroni przy kontrolach i płaci mandaty za Ciebie.

Zobacz ofertę

 

Tak wyglądają dostępne dane, a co widzimy w debacie medialnej?

Spójrzmy na cytowany przez PAP artykuł z „Rzeczpospolitej” – czytamy tu o doświadczeniach prof. Andrzeja Kaszuby, byłego konsultanta krajowego w dziedzinie dermatologii, który w jednym tygodniu przyjął trzy pacjentki z poparzeniami drugiego stopnia po nieudanej depilacji laserowej u kosmetyczki.

– Równie częste są przypadki infekcji po wstrzykiwaniu kwasu hialuronowego czy botoksu: powikłania wirusowe, ale też zakażenia HIV, HPV czy WZW – mówi prof. Kaszuba w rozmowie z gazetą, klik:: Rośnie liczba powikłań po zabiegach medycyny estetycznej

Przyznacie, że to mocne sformułowania, jednak bez odniesienia do danych populacyjnych. Obserwacja kliniczna profesora leczącego powikłania jest z natury obciążona błędem selekcji (błąd Berksona), bo do takiego lekarza trafiają wyłącznie przypadki problemowe. W populacji klinicznej będzie więcej osób z powikłaniami, i to prowadzi do zawyżonej percepcji częstości zjawiska. Przecież trzy nieszczęśliwie poparzone pacjentki mogły być trzema spośród 10 tys. osób u których wykonano tego typu zabieg, mogło to też być następstwo działania wadliwego urządzenia w jednym salonie. Hipotezy można mnożyć, ale nie buduje się na nich narracji.

Przeczytaj także

Profesor pomija naukową drogę i używa emocjonalnej retoryki opierając się na dowodach anegdotycznych. W jakim celu? Tutaj z kolei ja nie mam pewności, bo brak mi danych, więc nie będę gdybał.

Stwierdzenia o „równie częstych” zakażeniach HIV czy WZW również wymagają twardych danych epidemiologicznych. Ja takich nie znalazłem, mam za to analogie – benchark biologicznego ryzyka, który mierzy jak duże jest ryzyko zakażenia po zakłuciu skażoną igłą personelu medycznego: 

  • HIV: średnio ok. 0,3% po zakłuciu igłą,
  • HBV: 6–30% u osób podatnych (nieuodpornionych),
  • HCV: tradycyjnie podawano ok. 1,8% ale nowsze szacunki to ok. 0,2%.  

Źródło: Risk and Management of Blood-Borne Infections in Health Care Workers

Najciekawsze jest to, że w obecnych czasach nie używamy tej samej igły wielokrotnie, więc realnie bardziej ryzykuje personel wykonujący zabieg, nie pacjent. Transmisja pacjent=>pacjent jest jeszcze mniej prawdopodobna. Dodatkowo każde takie zdarzenie jest raportowane przez GIS, mielibyśmy śledztwa epidemiologiczne, ostrzeżenia etc.

Bez punktu odniesienia takie sformułowania mają wyłącznie charakter retoryczny, nie analityczny. Mam też nieodparte wrażenie, że byłoby bardzo głośno nawet o pojedynczym przypadku. Pierwszy taki potwierdzony przypadek z 2024 r.  w USA odbił się szerokim echem również w polskiej prasie, klik: Potwierdzono pierwszy przypadek zakażenia HIV podczas zabiegu kosmetycznego

Po co tak wnikliwie analizuję wypowiedź medialną profesora dermatologii? Pokazuję Wam, że w publicznej przestrzeni medialnej rzetelnych informacji nie uzyskamy.

Argument wiedzy i przygotowania

Komunikat MZ wskazuje, że lekarze mogą wykonywać zabiegi medycyny estetyczno-naprawczej (umiejętność zawodowa kod 028) po uzyskaniu dodatkowych szkoleń i certyfikacji. To istotna informacja.

Oznacza to, że zabiegi estetyczne nie są elementem podstawowego programu studiów medycznych. Sam dyplom lekarza nie jest równoznaczny z umiejętnością wykonywania procedur estetycznych, wymagane jest dodatkowe kształcenie i certyfikacja.

Wniosek? Czemu certyfikacji i weryfikacji kompetencji mają podlegać wyłącznie lekarze? Skoro praktyka pokazuje, że od ponad dekady kosmetolodzy radzą sobie całkiem sprawnie w tej dziedzinie to może i dla nich znajdzie się lista zabiegów do certyfikacji?

Przeczytaj także

„Skoro nie leczy powikłań, to nie powinien wykonywać” – argument wybiórczy?

System ochrony zdrowia działa w modelu kompetencji warstwowych. Co to oznacza? Pielęgniarki wykonują iniekcje i szczepienia, wiemy, że mają do tego prawo, ale przecież nie leczą ciężkich NOP-ów czy anafilaksji – a te niewątpliwie są powikłaniem ich działań.  Ratownicy medyczni również wykonują określone świadczenia, po których dalsze leczenie prowadzi lekarz.

Model „wykonanie procedury + eskalacja + współpraca” jest standardem systemowym. Sam brak kompetencji do pełnego leczenia wszystkich powikłań nie jest wystarczającym kryterium zakazu wykonywania danej czynności, jeżeli system dopuszcza mechanizm:

  • jasno określonego zakresu kompetencji;
  • obowiązku eskalacji – jeżeli powikłanie przekracza moje kompetencje wysyłam do lekarza lub wzywam pomoc, system działa jak drabina, każdy wie, kiedy przekazać pacjenta dalej;
  • minimalnych kompetencji ratunkowych (rozpoznanie stanów zagrożenia życia: anafilaksja, wstrząs, zator), umiejętność wdrożenia pierwszych działań do czasu przyjazdu ZRM, posiadanie w gabinecie epipena/adrenaliny. Przecież celem nie powinno być pełne leczenie powikłań. Takie umiejętności uzyskuje się na „Rozszerzonym kursie pierwszej pomocy”, który trwa 8 godzin; ALS to dwa-trzy dni i znacznie wykracza poza ten zakres – to poziom szpitalny/przedszpitalny;
  • obowiązkowego ubezpieczenie OC.

Jest też pojawiający się nagminnie argument, że powikłania po zabiegach estetycznych nie powinny być leczone z pieniędzy publicznych. Czy naprawdę chcemy, żeby system ochrony zdrowia działał w oparciu o moralną ocenę przyczyny zdarzeń? Musielibyśmy wykluczyć palaczy tytoniu, osoby otyłe, nadużywające alkoholu, ofiary wypadków samochodowych etc. Publiczny system zdrowia opiera się na zasadzie solidarności i powszechności świadczeń, a nie na selekcji według stylu życia czy decyzji jednostki.

Prohibicja – czyli jak działają zakazy, gdy popyt nie znika

Zakaz w branży o wysokim popycie i wysokiej marży nie powoduje zniknięcia rynku. Ograniczenie podaży przy utrzymanym popycie prowadzi zwykle do:

  • wzrostu cen,
  • rozwoju szarej strefy,
  • spadku kontroli nad jakością używanych produktów.

Zakaz doprowadzi do sytuacji, w której zabiegi będą wykonywane bez ubezpieczenia i z użyciem nielegalnych preparatów. Historia regulacji pokazuje, że przemyślane, proporcjonalne regulacje są skuteczniejsze niż całkowite zakazy.

Skoro brak pełnych statystyk – może estymacje?

Według dostępnych analiz wartość rynku iniekcji estetycznych w Polsce (obejmującego m.in. produkty z użyciem kwasu hialuronowego i toksyny botulinowej oraz innych „igłowych” produktów estetycznych) w 2024 r. szacowano na ok. 17,63 mln USD – podkreślam – to cena produktów, nie usług. Przyjmując konserwatywnie średnią cenę pojedynczego produktu w okolicach 50 USD, daje to minimalnie ponad 350 tys. procedur rocznie, czyli blisko 1000 zabiegów dziennie przez cały rok (tylko w oparciu o liczone legalne przychody rynkowe). Klik: Rynek medycyny estetycznej.

To oczywiście dopiero element analizy skali rynku. Realna liczba procedur estetycznych może być o wiele większa, biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie medycyną estetyczną ogólnie –  przykładowo w badaniu ogólnopolskim aż ok. 13 proc. dorosłych Polaków deklarowało wykonanie przynajmniej jednego zabiegu estetycznego w ostatnich 5 latach. Klik: Już 4 mln Polaków zdecydowało się na zabieg medycyny estetycznej [RAPORT]

Przy takiej skali rynku pojawia się kluczowe pytanie: Czy rzeczywiście mamy do czynienia z epidemią ciężkich powikłań, czy raczej z selektywną percepcją ryzyka? W analizach brytyjskich wiele zabiegów, o które się spieramy jest klasyfikowana jako procedury o niskim poziomie ryzyka („low-risk”/„lower risk”), co sugeruje, że – w świetle danych rynkowych i epidemiologicznych – ich profil bezpieczeństwa w populacji jest inny niż w polskiej debacie medialnej.  

Model UK – gotowy wzór dla Polski?

Wieloletnie debaty i analizy rynku w Wielkiej Brytanii nie doprowadziły do modelu „tylko lekarskiego”. Kierunek obrany przez tamtejszy rząd był inny – licencjonowanie i standaryzacja rynku, a nie zakazy i ograniczenia. 

Parlamentarne opracowanie dotyczące regulacji zabiegów niechirurgicznych (House of Commons Library), klik: The regulation of non-surgical cosmetic procedures in England

Doszli do wniosku, że głównym problemem nie jest obecność osób spoza zawodu lekarza, lecz:

  • brak jednolitego rejestru zabiegowców,
  • nieistniejący próg minimalnych kwalifikacji,
  • brak jednolitych standardów szkoleniowych,
  • kursy nie podlegające kontroli jakości,
  • brak minimalnych standardów lokalowych – zabiegi wykonywano w domach, salonach, lokalach bez nadzoru sanitarnego. Brakowało też wymogów co do: higieny, wyposażenia, przechowywania produktów, dokumentacji medycznej,
  • niewystarczający nadzór nad łańcuchem dostaw produktów – czyli produkty poza oficjalną dystrybucją, niewiadomego pochodzenia, brak kontroli autentyczności.
  • brak obowiązkowych ubezpieczeń i odpowiedzialności cywilnej.

I to ten element powiązano z poważnymi zdarzeniami niepożądanymi! Rząd UK uznał ze ryzyko generował produkt i brak kontroli rynku, nie sam fakt wykonywania zabiegu przez określoną grupę zawodową (lekarz/pielęgniarka/kosmetolog).

W odpowiedzi przyjęto model oparty na:

  • licencjonowaniu wykonawców jak i placówek,
  • określeniu minimalnych standardów lokalowych i sanitarnych,
  • prowadzeniu obowiązkowych szkoleń i wymogów kompetencyjnych,
  • wymogu ubezpieczenia OC,
  • nadzorze lokalnych władz nad wykonywaniem zabiegów.

Ten dokument nie rekomenduje prostego rozwiązania „tylko lekarze”, lecz wskazuje podejście proporcjonalne do poziomu ryzyka danej procedury. Przywołam przykład, który pokazuje, gdzie realnie wskazano zagrożenie: ognisko botulizmu w Anglii, klik: A local outbreak of iatrogenic botulism associated with cosmetic injections of botulinum neurotoxin-containing products, England, 2025

Analiza tego zdarzenia wskazała, że kluczowym czynnikiem nie była sama kwalifikacja osoby wykonującej zabieg, lecz użycie nielegalnego produktu i nieprawidłowa deklaracja mocy preparatu. Innymi słowy, zawiodła kontrola łańcucha dostaw i nadzór nad produktem. 

To istotna różnica: problemem nie był model zawodowy, lecz brak skutecznej kontroli rynku i jakości produktów.

Gotowe rozwiązania systemowe więc istnieją. Wielka Brytania przeszła wieloletnią debatę, analizę ryzyka i konsultacje publiczne, zanim zdecydowała się na model licencyjny. Co więcej, rynek brytyjski był strukturalnie zbliżony do polskiego: dynamiczny, rozproszony, z dużą obecnością usług wykonywanych poza sektorem szpitalnym. Wiele Polek pracowało tam wykonując zabiegi iniekcyjne w systemie, który nie opierał się na wyłączności lekarskiej, lecz na regulowanym dostępie i nadzorze.

To pokazuje, że alternatywa dla prostego zakazu istnieje i została już przetestowana w praktyce. A co najważniejsze, działa! 

Osobista refleksja

Na koniec pozwolę sobie na osobistą refleksję. Być może nie jest ona kluczowa, ale wynika z wieloletnich obserwacji. Uczestniczyłem w wielu szkoleniach z modelowania ust, czasem jako organizator, czasem jako tłumacz, czasem obserwator i mam poczucie, że w tej debacie pomijamy jeden element: zdolności manualne i wyobraźnię przestrzenną. Zabiegi iniekcyjne wymagają nie tylko wiedzy, lecz także sprawności manualnej, koordynacji ręka-oko i wyczucia tkanek. To kompetencje praktyczne, wymagające talentu i praktyki.

Spotkałem osoby z wybitnym zapleczem akademickim, lekarzy, ludzi ze stopniem naukowym, które nie radziły sobie manualnie, oraz osoby z lichą wiedzą akademicką, ale znakomitym „czuciem ręki”. Sama wiedza nie zawsze przekładała się na jakość wykonania. W literaturze od lat rozróżnia się wiedzę deklaratywną (czyli teoretyczną) i proceduralną, wskazując, że są to odrębne komponenty kompetencji klinicznej i nie zawsze ze sobą korelują.

Wybitny fizyk nie musi być wybitnym malarzem/artystą. Tak samo imponująca wiedza nie gwarantuje precyzji manualnej. W medycynie, szczególnie estetycznej, jedno bez drugiego nie wystarcza. Samo posiadanie wiedzy teoretycznej nie gwarantuje biegłości w praktycznych umiejętnościach manualnych – od których w ogromnej mierze zależy powodzenie zabiegu i satysfakcja pacjenta.

Chirurdzy wiedzą to nie od dziś: Teaching Surgical Skills – Changes in the Wind  

Adam Kruk, uczestnik społeczności Beauty Razem

 

 

TAGI

Przeczytaj także

Zapisz się, a nie przegapisz niczego ważnego. W naszym newsletterze znajdziesz informacje o najciekawszych dyskusjach, postach, produktach i nowościach, które ciągle pojawiają się w Grupie Beauty Razem!

0
    0
    Twój koszyk
    Twój koszyk jest pusty